Film dokumentalny przybliżający historię zespołu Genesis.
Mało który zespół w historii muzyki rockowej wzbudza tak skrajne emocje i jednocześnie cieszy się tak ogromnym szacunkiem jak Genesis. Dla jednych to absolutni bogowie rocka progresywnego, którzy w pierwszej połowie lat 70. tworzyli skomplikowane, baśniowe suity. Dla innych - synonim popowej potęgi lat 80., fabryka stadionowych hitów i ikona ery MTV. Prawda o Genesis leży jednak w ich niezwykłej zdolności do adaptacji. To zespół, który jak żaden inny potrafił zmieniać skórę, nie tracąc przy tym swojej muzycznej tożsamości.
Początki Genesis, założonego w 1967 roku przez grupę szkolnych kolegów z prestiżowej Charterhouse School (w tym Tony’ego Banksa, Mike’a Rutherforda i Petera Gabriela), wcale nie zwiastowały późniejszej rewolucji. Początkowo błądzili w rejonach pop-folku, jednak prawdziwe oblicze odnaleźli na początku lat 70., gdy do składu dołączyli gitarzysta Steve Hackett oraz genialny perkusista Phil Collins.
To był złoty wiek rocka progresywnego. Genesis, napędzany scenicznym geniuszem wokalisty Petera Gabriela, zamienił koncerty w rockowy teatr. Gabriel występował w surrealistycznych kostiumach – jako „Britannia”, „Geometria”, starzec czy słynna kobieta-lis. Muzycznie były to dzieła monumentalne. Albumy takie jak Foxtrot (z ponad 20-minutową suitą Supper's Ready) czy Selling England by the Pound do dziś stanowią kanon gatunku. Kulminacją tej ery był dwupłytowy, konceptualny album The Lamb Lies Down on Broadway z 1974 roku – mroczna, schizofreniczna opowieść o nowojorskim rzezimieszku Raelu. Po wyczerpującej trasie promującej to wydawnictwo, Gabriel, zmęczony napięciami w zespole, odszedł. Wielu sądziło, że to koniec Genesis.
Muzycy postawili wszystko na jedną kartę. Zamiast szukać nowego wokalisty z zewnątrz, po przesłuchaniu setek taśm zdecydowali, że mikrofon przejmie dotychczasowy perkusista – Phil Collins. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Albumy A Trick of the Tail oraz Wind & Wuthering (oba z 1976 roku) udowodniły, że zespół wciąż potrafi grać ambitny prog-rock, a ciepły głos Collinsa idealnie pasuje do kompozycji.
Prawdziwy przełom nadszedł jednak na przełomie dekad. Po odejściu Steve’a Hacketta, Genesis skurczyło się do trio: Banks, Rutherford, Collins. Muzycy z fascynacją zaczęli przyglądać się nowej fali i rodzącej się muzyce pop. Postanowili uprościć brzmienie, skrócić utwory i postawić na wyrazisty rytm.
Lata 80. należały do nich. Genesis stało się potęgą komercyjną. Albumy Abacab (1981), Genesis (1983) oraz przede wszystkim Invisible Touch (1986) zdominowały listy przebojów po obu stronach Atlantyku. Zespół idealnie odnalazł się w erze teledysków – klip do utworu Land of Confusion, w którym muzyków sparodiowano za pomocą kukiełek z satyrycznego programu Spitting Image, przeszedł do historii popkultury.
Z dawnego, skomplikowanego prog-rocka zostało niewiele, ale unikalne poczucie melodii Banksa, pulsujący bas Rutherforda i niesamowita energia Collinsa sprawiły, że pop w wykonaniu Genesis był inteligentny, producencko nowatorski i niezwykle chwytliwy. Kto nie zna mrocznego, potężnego utworu Mama z ikonicznym śmiechem Collinsa, czy radiowego, nieco prześmiewczego I Can't Dance?
Co ciekawe, gigantyczny sukces zespołu zbiegł się w czasie z oszałamiającymi karierami solowymi jego członków. Phil Collins stał się jedną z największych gwiazd muzyki, Mike Rutherford podbijał listy przebojów z projektem Mike + The Mechanics, a Peter Gabriel (już poza zespołem) tworzył solowe arcydzieła pokroju albumu So.
W latach 90. Phil Collins opuścił zespół, a próba reaktywacji z nowym wokalistą Rayem Wilsonem (album ...Calling All Stations... z 1997 roku) okazała się artystycznym i komercyjnym rozczarowaniem. Choć trio Collins-Banks-Rutherford wracało potem na okazyjne trasy koncertowe, czas nieubłaganie płynął.
W marcu 2022 roku w Londynie, w ramach trasy The Last Domino?, Genesis zagrało swój ostatni koncert w historii. Schorowany Collins, siedząc na krześle, wciąż potrafił porwać tłumy, a za perkusją zastąpił go jego syn, Nic.
Genesis zamknęło swój rozdział, pozostawiając po sobie ponad 150 milionów sprzedanych płyt i dwie zupełnie różne, ale równie genialne muzyczne spuścizny. Byli dowodem na to, że w muzyce jedyną stałą rzeczą jest zmiana - i że można przejść drogę od niszowego teatru dla koneserów na same szczyty list przebojów, nie tracąc przy tym klasy.