Gorzko-ironiczna opowieść w reżyserii Janusza Kondratiuka z szarą PRL-owską rzeczywistością w tle.
Pewnej soboty do Warszawy z podstołecznej wsi przybywają Ewa, Pucia i Mała - trzy panny marzące o poznaniu statecznego mężczyzny, przyszłego męża. Są nieładne i bezbarwne, tandetnie ubrane, choć im samym wydaje się, że są niezwykle atrakcyjne. Dziewczyny są do wzięcia raz w tygodniu: w sobotę. Przyjeżdżają do stolicy z podwarszawskich miejscowości z nadzieją na rozrywkę, przerwanie monotonii szarej egzystencji, poznanie mężczyzny i może - w perspektywie - na trwały związek.
Trzymając się sztywno żelaznej zasady, że porządna dziewczyna nie zawiera znajomości na ulicy, dają się poderwać dopiero w kawiarni, gdzie wpadają w oko dwóm młodzieńcom z miasta, równie niezdecydowanym i skrępowanym jak one. By dodać sobie odwagi i wypaść jak najlepiej w oczach dziewcząt, panowie przedstawiają się jako Inżynier i Magister. Ale ich ubogi repertuar metod podrywania sprowadza się do fundowania wybrankom kolejnych porcji kremu, co przynosi dość opłakane skutki. Pójście do kina okazuje się już przedsięwzięciem za trudnym do zrealizowania, gdyż cała piątka nie może się zdecydować na konkretny tytuł i z góry zakłada, że nie starczy dla nich biletów. Gdy wydaje się, że z braku pomysłów przyjdzie zakończyć przed czasem tak dobrze rozpoczętą znajomość, honor męski ratuje znajomy kelner, właściciel mieszkania w stolicy, który zaprasza całe towarzystwo do siebie.
„Dziewczyny do wzięcia” przypominają wczesne filmy Milosa Formana i innych reżyserów czeskiej Nowej Fali końca lat 60., szalenie trafne i wnikliwe w swej prostocie.